Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 659 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

mój meil: adek241@buziaczek.pl

Mam na imie Edyta mam 29 lat, żona od 2006 roku, mama dwóch córeczek, które są tam na górze HANIA ur.zm 10 maj 2011 i MARYSI ur 19.12.2006r zm 24.12.2006. i ADUSIA nasz synek urodził się 7 kwietnia 2008r i daje mi siłe...by walczyć o lepsze jutro :) Haftuje od 5 lat.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

KONKURS WAKACYJNY

BLOG ROKU 2011

CANDY

Hafty i inne

KONKURS ZŁOTA JESIEŃ

Zakupy

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Odwiedziło Aniołki...

Odwiedziny: 247139
Wpisy
  • liczba: 591
Bloog istnieje od: 3807 dni

Lubię to

Haftowane upominki:)

na zawsze...

niedziela, 31 grudnia 2006 15:14

Kochamy Cię Aniołku...bądz przy nas codziennie,

 tęsknimy i potrzebujemy Ciebie przez kolejny rok kolejne lata!Bądz przy nas cały czas tak jak i my Kochanie codziennie sercem i myślami jesteśmy przy Tobie!!!

Nasz największy skarbie


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

...

sobota, 30 grudnia 2006 20:07

Marysia Dzikowska

urodzona 19.12.2006r

Waga: 830 gramów

Długość: 35 cm


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

cesarskie cięcie godz 23...dnia 18.12.2006r...

sobota, 30 grudnia 2006 20:03

...Zostałam sprowadzona na dół na 1 piętro na sale porodową...kazano mi siąść na łóżku na którym są przeprowadzane cesarskie cięcia...położna powiedział: "Pani wie co pani tu robi? llekarz panią poinformował?" oczywiście zaprzeczyłam bo nikt mi jeszcze tego nie powiedział że za chcwile będe mieć cesarkę...

Położna zawołała lekarza...: "Pani dziecko już nie chce być w brzuchu trzeba operować będzie pani miała cesarkę na ktg wyszło że dzidziuś słabnie i...tętno jest coraz niższe...trzeba ratować dziecko...zgadza się pani? " pytanie jak zwykle nie na miejscu...ale formalności jak zawsze nie są modre...

Anestezjolog chciał założyć mi welfron...to był koszmar...zawsze nie lubiałam od małego pobierania krwi i tego kucia ale teraz stwierdziłam...dla mojego maleństwa jestem gotowa na wszystko nie robił na mnie żaden ból wrażenia liczyło sie tylko maleństwo...

A więc anestezjolog w kuwał mi się 4 razy w dłoń i za każdym razem żyła pękała...ręka szybko spuchła...do dziś mam siną dłoń...Anestezjolog poprosił położną o w kucie sie z welfronem na zgjęciu ręki, udało się nareszcie bo miałam wrażenie że wszystkie żyły mi pójdą...

Póżniej były...cewnik golenie itp jak to bywa przy cesarce...

Najgorsze przede mną a mianowicie znieczulenie które jest podawane między kręgi...lekarz kazał mi sie wygiąć i zwinąć w "kłębek" wypinając kręgosłup w jego kierunku...nie mogłam zrobić tzw. "kociego grzbietu" lekarz zaczoł nerwowo mówić: "jak pani nie wygnie kręgosłupa to będe kuł kilka raz panią a nie raz..." wystraszył mnie na dobre...niestety cała sie trzęsłam najgorzej było z ręką na jednej welfron i czujnik tętna na drugiej ciśnieniomierz który co kilka miniut pompował się automatycznie....udało sie za pierwszym razem ze znieczuleniem...

Poczułam jak drętwieją mi nogi i...zostałam zasłonieta zasłonką oddzielającą twarz od reszty ciała...wykonano cięcie...Marysia została wyszarpnięta z brzucha taki było wrażenie najgorsze z całego cc...i usłyszałam coś ślicznego...płacz cichutki mojej Marysi to było piękne i nie zapomnę igdy tego...z nie wierzyłam spytałam lekarza anestezjologa (który przez całą oerację siedział i pisał smsa...cały ten czas...) czy to ona tak płacze...Lekarz nie odpowiedział bo się chyba nie orientował o co chodzi i czemu mu przeszkadzam...

Pytałam się kilka krotnie jak moja córka co z nią...a lekarz: "zaraz przyjdzie pediatra to pani powie" usłyszałam jeszcze jak jeden ze studentów powiedział "to dziecko było z rozszczepem" pomyślałam hmmm Marysia? czy oni mówią o kimś innym? Przyszedł pediatra:"dziecko ma rozszczep wargi i podniebiebienia obniżone uszy i skośne oczka ma również szósty paluszek u lewej dłoni" i...od tamtej pory nie odezwałam się już w ogóle w jednej chwili pomyślałam sobie...czy to prawda? a może śnie może to wszystko mi się śni...przecież Bóg nie mógł ją i nas tak skrzywdzić ...to nie możliwe przecież wszyscy się za nią ...za nas modlili i prosili o zdrowie dla Marysi...

Mój mąż widział ją pierwszy bo została od razu po cc wyniesiona z tlenem na neonatologię do inkubatorka...

A ja trafiłam na sale wybudzeniową...tam zostałam podłączona do kroplówki kolejnej i poprosiłam o coś przeciwbólowego...lek w kroplówce na ból nie pomógł...koło mnie leżały jeszcze 2 kobiety była godz 1 w nocy a ja leżałam i liczyłam minity godziny do 8 rano bo lekarz powiedział mi że za 8 godz mogę już wstać...

Przygodę miałam z kroplówką...bałam się że jak się skończy może mi sie cofnąć krew jak nie zostanie na czas odłączona...w pokoju nie było nikogo kroplówka mi sie kończyła a pielegniarka gdzieś daleko...dzwonek-alarm zawieszony tak wysoko że ie miałam szans go dosięgnąć choć próbowałam kilka razy nawet butelką z wodą chciałam go strącić ale nie wyszło...kbity koło mnie spały po cc a ja ani nie spałam ani nie mogłam się doczekać pielegniarki do zmiany kroplówki wołałam kilka razy mineło 30 min dopiero zjawiła się położna zmieniła kroplówkę podała środek przeciwbólowy...

Przed 8 przyszła pani rechabilitantka która próbowała nas wszystkie ściągnąc z łóżek...wstać wstałam ale zrobiło mi sie tak słabo że poleciałam spowrotem na łożko...za chwile zjawiła się pani psycholog i pediatra...powiedzieli o podejrzeniu choroby u Marysi i wady genetycznej i że nie ma żadnych szans na przeżycie...

Za chwile sie dowiedziałam, że musimy przejść wszystkie 3 po cesarce na góre na oddział patologi bo już kolejne 3 kobiety są na cesarce i trzeba zwolnić sale...

A mój mąż czekał cały czas na mnie cały czas był przy nas i był u Marysi widział ja w inkubatorku widział nasz kochany skarb...chciałam ją jak najszybciej zobaczyć choć bardzo sie bałam...

Skulona zwinięta poszłam na górę do pokoju i ...poszłam z mężem do mojego Aniołka...leżała zasłonięta...miała zasłonięte oczka głowkę zielonym czymś ... ale było kawałek jej widać...plakałam nie mogłam odejść od inkubatorka powtarzałam cały czas "Kocham Cię" i głaskałam cały czas tylko inkubator bo nie mogłam jej dotknąć...niestety w ogóle jej nie dotknełam...przez te 5 dni...

Tak wyglądało 45 min porodu i...kilka godzin po porodzie...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

po pogrzebie...

sobota, 30 grudnia 2006 16:40

Tu jest grób naszego Kochanego maleństwa...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Powiększyła grono ANIOŁKÓW

piątek, 29 grudnia 2006 17:25

Dziś był pogrzeb naszej kochanej córeczki...

Bałam się strasznie...chciałam żeby odeszła z godnością i uśmiechem...wiedząc że bardzo ja kochamy i ... nie wyszło... grabarz upuścił trumienke z naszą Marysią...

Panie Boże wybacz im to i pozwól naszej kochanej córeczce zapomnieć o tym wszystkim...

Kochamy Cię SŁONECZKO!!!

Rodzice...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

wstęp 18.12.2006r jak doszło do cesarskiego cięcia...

czwartek, 28 grudnia 2006 20:07

Rano przy obchodzie profesor powiedział, że będziemy mieć dziś usg żeby sprawdzić czy jest lepiej i czy przepływy przez łożysko sie po lepszyły...

Czekaliśmy długo na to usg i nic...po obiedzie przyszedł lekarz i owiedział żeby zejść piętro niżej na usg...siedzimy z mężem pod drzwiami gabinetu i...wychodzi położna i oświadcza że ordynator niestety nie ma teraz dla nas czasu i że musimy iść spowrotem na górę...

Po kilku godzinach zostaliśmy ponownie wywołane na usg i lekarz sprawdził w ciągu 5 min na usg przepływy powiedział od razu: "JEST GORZEJ" załamana poszłam na górę do sali i spakowałam się znów na porodówkę

Na porodówce nie było miejsc leżałam w dyżurce lekarza na kozetce gdzie znaleziono stary aparat do ktg który po włączeniu non stop piszczał i zacinał sie papier...dopiero po godzinie zostałam podłączona do normalnego...sprawnego ktg na normalnym łóżku...i kolejne 3 godziny...lekarz spytał sie mnie kto robił mi usg gdy powiedziałam że ordynator hmmm lekarz kiwnoł głową i powiedział "to do poprawki..idziemy jeszcze raz na usg" ...

Po usg stwierdził że aż tak źle nie jest i że mogę wracać na górę do swojego łożka ... nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć ganiali mnie z góry na dół...

Do swojego pokoju trafiłam około godz 21...i przyszedł jeszcze lekarz oznajmił mi że po 22 będe mieć jeszcze ktg...czułam w brzuszku że mała coraz częściej sie wypycha tak jakoś hmmm dziwnie bo wcześniej czułam np. góra 6-7 razy dziennie takie wypychanie nóżkami główką ... na brzuszek a tego dnia było o wiele więcej ...

Po 22 podłączyli mi ktg przez godzine leżałam i widziałam na tej maszynie, że puls Marysi słabnie w porównaniu do wcześniejszych był słabszy..pytałam się ciągle położnej czy wszystko w porządku i czy nic sie nie dzieje...położna odłączając mnie od maszyny ktg powiedziała: "jakby coś było źle to bym panią nie odłączyła..." więc już się położyłam ...stwierdziłam że być może to ja panikuje ... no i nie mineło 5 minut położna przyszła i powiedziała że mam się przebrać w piżamę szpitalna i zejść na porodówkę ... oczywiście zrozumiałam że coś jest źle a nie chcą mi powiedzieć ...wychodząc na korytarz usłyszałam rozmowę położnych : "powiedziałaś jej"- "nie" zrozumiałam wtedy że coś się dzieje złego...kazano mi ściągnąć biżuterie spinki itp ...zrozumiałam, że ide rodzić ....

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

NASZA KRUSZYNKO...

czwartek, 28 grudnia 2006 9:38

 

 

Śpij nasz ukochany ANIOŁKU KOCHAMY CIĘ Z CAŁEGO SERCA

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

klinika cd...

środa, 27 grudnia 2006 23:43

Co było dalej...

Zostałam przyjęta o 2 w nocy do pokoju 4 osobowego...w którym jedna z pań była właśnie po porodzie...a dwie pozostałe czekały na poród tak jak ja...

Oczywiście dla tych pań spania już nie było...ktoś ich budzi o 2-3 w nocy i robi zamieszanie ...

Ja zasnełam mimo wolnie ze zmęczenia podróżą i tą sytuacją piętro niżej na bloku porodowym...

Oddział na którym leżałam nazywał sie Patologia ciąży...i znajdowały sie tu kobiety zarówno czekające na poród jak i z maleństwami po porodzie...pokoje były mieszane nie było rozgraniczenia na pokoje z ciężarnymi a pokoje z matkami z dziećmi...to mnie zdziwiło...jak sie póżniej okazało to w tym szpitalu normalne bo mają nawał kobiet i powinnam się cieszyć, że w ogóle dostalam łóżko...

Rano o 5 pomiar ciśnienia i temperatury a o 6 dawka leków...

O 7-8 obchód i śniadanie...którego nie zjadłam bo zostałam wezwana na usg...więc po spacerowałam piętro niżej...na usg znów tłum ludzi i rozmowy między sobą: "przepływy są w fatalnym stanie...dziecko też małe tylko ok 835 gramów" pomyślałąm Marysia? tak mało waży? dlaczego? przecież staramy sie dobrze odżywiać ... przytyłam doś dużo...co jest o co tu chodzi...

Lekarz - Profesor oznajmił mi wersje taką jak usłyszałam już wcześniej i ... że codziennie będą mnie obserwować i dzidziusia na ktg jak tylko będzie się coś działo to rozwiążą ciąże przez cesarskie cięcie a na razie mam leżeć i tuczyć dziecko bo im większe tym większe szanse na przeżycie...

Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć i co...hmmm nawet nie mogłam sie po radzić swojego lekarza prowadzącego...

Codziennie miałam robione KTG były dzień w którym zabrana zostałam znów na blok operacyjny znów mnie nastraszyli...myślałam, że będzie cesarka ale nie po leżałam 7 godz na usg i znów powrót na góre do pokoju...do pokoju tym razem 7 osobowego...bo okazało sie że pokój 4 osobowy trzeba oddać kobietą z dziećmi-mamusią...

Lekarze codziennie na obchodzie mówili coś innego...zastanawiałam się co noc co usłysze rano...raz mówili:" jest dobrze KTG ładnie prosze tlko leżeć tuczyć dzidziusia a będzie dobrze" a drugim razem...:"jeżeli tak dalej będzie trzeba będzie rozwiązać ciąże i szanse są minimalne na przeżycie dziecka ze względu na niską wagę urodzeniową dziecka tzw. Hypotrofię..."

Jednego byłam tylko pewna nie ma szans na wyjście z kliniki aż do porodu czyli to może być nawet bardzo długi pobyt przecież miałam termin na 14 luty 2007 r. a jest dopiero początek grudnia...

Na sali 7 osobowej wciąż sie zmieniał skład ktoś odchodził albo do domku albo na cesarkę...Koleżanki z pokoju były miłe sympatyczne i zawsze mnie pocieszały mimo że każda z nich miała jakieś problemy z brzuszkiem i nie tylko...nie mogłam narzekać na towarzystwo...Pielęgniarki co niektóre też były naprawdę wporządku miłe sympatyczne...

Zostałam objęta programem w którym jedna z lekarek zajmowała sie dziećmi (porodami, badaniami) z hypotrofią czyli niską wagą urodzeniową...podjełam się tej próby i chodziłam z tą panią doktor na usg, w którym tłumaczyła mi co oznaczają te z wapnienia łożyska itp.

A ciekawostka jeżeli ma się z wapniałe łożysko spulchniałe przepływy naczyniowe są w złym stanie a to może być spowodowane tym, że kobieta w ciąży pali papierosy lub paliła przed ciążą...i to mnie zdziwiło bo nie paliłam i nie pale...a każdy lekarz mnie o to pytał widząc moje łożysko na usg...do tej pory nie wiem jak to możliwe nie u palaczki...

I najważniejsze jak było 18.12.2006r. poniedziałek...dzień cesarskiego cięcia...ale to  już kolejny wpis...ten dzień zapamiętam do końca życia jak i kolejne w których była już moja Marysia...serce

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

WROCŁAW

środa, 27 grudnia 2006 16:31

Co się działo w klinice...

Nie da sie opisać...przyjechałam pod szpital karetką ...

Izba przyjęć : lekarz był w szoku bo miała do nich trafić pacjętka z ciążą mnogą...ciągle mnie pytał i chyba do końca mi nie wierzył że pomylili pacjętki bo ja czekam na Marysie i tylko na nią a nie na bliźniaki...wywiad trwał ok 1 godz zanim zostałam przyjęta...na BLOK OPERACYJNY!!! ... byłam w szoku nie zostałam poinformowana w ogóle o tym że trafie na blok operacyjny byłam pewna że przewieźli mnie pprostu do klniki jako pacjętkę do opserwacji a nie do cesarskiego cięcia...

Zaczeli się zbierać studenci koło mnie nie wiedziałam co się dzieje i czemu jest tak dużo ludzi ... lekarz oznajmił, że zaraz będą robić badania...myślałąm że poprostu tak jak przy każdej wizycie lekarz mie zbada i tyle a tu...masa studentów pielęgniarka i 2 lekarzy większość "gapiów" jedna osoba która mnie badała...

Czułam sie nie swojo i bardzo skrępowana...

Ale dla nich to była kolejna kobieta w ciąży reszta sie nie liczyła np to, że nie życze sobie innych gapiów (studentów) przy badaniu nikt nie spytał mnie o zdanie...

trafiłam do kliniki o godz 16 a na sale zostałam przeniesiona o godz 2 w nocy...bałam się panicznie prosiłam męża żeby na mnie czekał na korytarzu bo nie wiedziałam co się dzieje i kiedy w końcu dostane łóżko w tym szpitalu...

Zanim już dostałam to łóżko na sali leżałam od 17 do 2 w nocy leżałam pod KTG aby sprawdzić tętno mojego maleństwa ...nie wiem czy było konieczne żebyśmy leżeli pod KTG aż tak długo ale leżeliśmy bo nikt do nas nie podchodził...oprócz uporczywych studentów zadających banalne pytania typu: "gdzie pani dziecko będzie leczone jak sie urodzi" itp.i niegrzeczne zachowanie jednej ze studentek: "nie zna pani ulicy przychodni? nie może pani zadzwonić?" Myślałam sobie kobieto kiedy dziś teraz mam zadzwonić i pytać o ulice o 22 w nocy? gdzie?

Trafiłam na mało rozgarniętą i mało pojętą studentke medycyny...

w tym czasie miałam jeszcze zrobione usg (również w całym gronie studentów i kilku lekarzy) jeden z lekarzy oznajmił mi, że przepływy naczyniowe są w tragicznym stanie...łożysko w stanie złym - z wapniałe stare i spulchnione...nie dużo mi to mówiło.

Co później...

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dziękujemy wszystkim bliskim

środa, 27 grudnia 2006 10:31

  

Chciałabym w imieniu swoim męża i przede wszystkim w imieniu naszej najukochańszej córeczki podziękować wszystkim znajomym rodzinie rodzicą za to że modlili sie za nas za naszą kruszynkę wierze, że Bóg wysłuchał Waszych modlitw i dlatego zabrał ją do siebie ... jest teraz wsród aniołków jest jednym z aniołków i nie cierpi...jest jej tam lepiej to wiem napewno bo tu sie męczyła leżąc w inkubatorku czekając na śmierć ... widzieliśmy jej cierpienie...

Dziękuje że jesteście z NAMI!!!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

jak zaufać lekarzowi?

środa, 27 grudnia 2006 9:53

Od początku ciąży chodziłam do lekarza prywatnie...przez 7 miesięcy lekarz zapewniał mnie że wszystko jest wporządku...okazywał na usg jak ładnie Marysia sie rozwija jakie ma rączki nóżki jak ślicznie bije jej serduszko i jak kopie mamusie...nawet mój mąż widział...

Lakarz operował parametrami odnośnie wielkości ułożenia płodu itp. pytałam o wszystko co bylo możliwe jedyne co powidział ..takiego może troszkę niepokojącego że ...Marysia będzie malutka... ale takie dzieci sie rodzą przecież nie każde dziecko waży przy urodzeniu 4 kg nasza Marysia jak stwierdzil lekarz w 9 miesiącu przy rozwiązaniu może mieć nie całe 3kg...

Gdy trafiłam w 5 miesiącu pierwszy raz do szpitala ordynator stwierdził na usg że Marysia...hmmm że jest mniejsza o 4 tyg...ale powiedział że ta dysproporcia może się jeszcze unormować, że trzeba będzie powtórzyć usg za jakieś 4 tyg i sprawdzić czy sie nie poglębia...

Gdy trafiłam już 2 raz do szpitala w 6-7 miesiącu lekarz stwierdził, że Marysia jest za malutka i że mam spulchnione łożysko...(z wapniałe-stare)...a mój lekarz powtarzał na każdej wizycie "łożysko ładne nic sie nie dzieje"

Widziałam w oczach ordynatora że coś jest nie tak...rozmawiał w dziwny sposób z pielęgniarkami - położnymi...zapadła nagła decyzja o wypisie ze szpitala ... postawiono mnie przed faktem dokonanym bez żadnych wyjaśnień...mojego lekarza prowadzącego nie bylo bo...wyjechał na tydzień na narty za granice i zero kontakt i konsultacji...

Zostałam karetką przewieziona do kliniki we Wrocławiu...lekarze z mojego szpitala mnie pocieszali "niech się Pani nie martwi tam jest najlepsza opieka i dla Pani i dla dziecka...uratują maleństwo choć są małe szanse" pomyślałam sobie...o co temu lekarzowi chodzi...małe szanse? dlaczego co się dzieje z moim dzieckiem...

Jeżeli ktoś jechał karetka to wie jak to wygląda i jak starsznie trzęsie w czymś takim...ten 3 godzinny przejazd był strasznym doświadczeniem i dla mnie i dla Marysi napewno też nie mówiąc o nerwach związanych z niewiedzą...odnośnie stanu zdrowia...

Mój przejęty mąż jechał cały czas za karetką tak bardzo go potrzebowałam...chciałam żeby był ze mną ... i był...nie opuścił mnie...

a co było na miejscu w klinice...

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

ZESPÓŁ PATAUA- wszystko o tej chorobie

wtorek, 26 grudnia 2006 23:24

Spowodowany jest nierozejściem się chromosomów podczas I lub II podziału mejotycznego u któregoś z rodziców (opóźnione rozchodzenie się chromosomów w anafazie). W efekcie ilość DNA w tej aberracji jest o 3,6% większa niż w prawidłowym kariotypie.

OBJAWY:

Stwierdzono zależność między wiekiem matki a częstością występowania dzieci z zespołem Pataua.

Około 70% dzieci z zespołem Patau umiera w ciągu pierwszego półrocza życia, 5% dożywa 3 lat.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

moja historia

wtorek, 26 grudnia 2006 23:19

19 grudnia tego roku urodziłam przez cesarskie cięcie naszą najsłodszą córeczkę ... to był siódmy miesiąc ciąży leżałam w klinice we Wrocławiu ze względu na zatrucie ciążowe i hypotrofię...

HYPOTROFIA- to choroba, którą charakteryzuje mała waga dziecka...moja Marysia urodziła się z wagą 830 gramów...może sie zdziwicie ale takie dzieci maltkie a nawet mniejsze (600 gramów)się rodzą i wychodzą z tego...niestety nie nasze maleństwo...nasza Marysia nie miała szans przeżycia...

Po cesarskim cięciu lekarz oznajmił mi: "...Pani córka ma rozszczep wargi i podniebienia, skośne oczka nisko osadzone uszka i ... 6 paluszek u lewej rączki..." leżałam na stole operacyjnym i nie docierało do mnie to co mówi lekarz pediatra i czy on napewno mówi o mojej Marysi?! jak to możliwe ? przecież lekarz przez 7 miesięcy nic nie wykrył...

nasza Marysia w inkubatorku przeżyła tylko 5 dni...gdy ją pierszy raz zobaczyłam pomyślałam sobie...Boże zabierz ją do siebie żeby nie męczyła sie na tym świecie...pomyślałam tak tylko dlatego że widziałam jak cierpiała i lekarz powiedział że nie ma szans żeby przeżyła...nie miała szans na przeżycie ponieważ po badaniach genetycznych okazało sie że ma wadę wrodzoną... Nasz aniołek miał ZESPÓŁ PATAUA bardzo żadki zespół wad wrodzonych...

nie wiem dlaczego akurat nasza najukochańsza istostka nasz skarb tak wiele wycierpiał...dlaczego akurat nas tak Bóg doświadczył...tak długo staraliśmy się z mężem o maleństwo i tak byliśmy szczęśliwi po każdejk wizycie i usg...jeszcze zapewnienia lekarza że wszystko jest dobrze...to nie mieści mi się w głowie jak coś takiego mogło sie przytrafić akurat nam...

 

Założyłam tego bloga ... hmmm po to aby sie gdzieś wygadać ...aby ktoś wiedział że miałam i nadal mam córeczkę tylko że jest już z aniołkami ...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

poniedziałek, 29 maja 2017

Licznik odwiedzin:  247 139